Wspomnienia o szkole

„Pamięć o przeszłości oznacza zaangażowanie w przyszłość”
Jan Paweł II

 

KILKA WSPOMNIEŃ DYREKTORÓW, NAUCZYCIELI, PRZYJACIÓŁ SZKOŁY

 

publikacje2

Wspomnienia zaczerpnięto

"Księgi Jubileuszowej Szkoły Podstawowej w Baranowie Sandomierskim"

Pani Józefa Lis - dyrektor placówki od 1982 r. do 1985 r., absolwentka szkoły

Związana jestem z tą szkołą od szóstego roku życia. W 1943 roku rozpoczęłam tu naukę w klasie pierwszej. Stał wtedy tylko ten stary, zabytkowy budynek. Gdy Niemcy go zajęli podczas okupacji, zajęcia przeniesiono do Ochronki, potem do Remizy Strażackiej. Uczyłam się w szkole siedmioklasowej. Potem ukończyłam liceum pedagogiczne w Mielcu, Studium Nauczycielskie w Przemyślu oraz roczny kurs kwalifikacyjny, zakończony uzyskaniem dyplomu wyższej uczelni. Takie były wtedy możliwości. Dokształcać się zresztą można było tylko zaocznie, gdyż obowiązywał nakaz pracy zaraz po ukończeniu szkoły średniej.
W roku 1959 podjęłam pracę jako nauczycielka klas I – IV w Szkole Podstawowej
w Baranowie Sandomierskim. Dyrektorem gminnym był wtedy pan Janas, a dyrektorem placówki – najpierw pan Stanisław Wołoszyński, później pan Ramocki. Zaproponował mi on stanowisko wicedyrektora w roku 1976. Przez pierwszy rok na terenie szkoły urzędowała kadra dyrektora gminnego. Po roku przenieśli się do budynku w Nagnajowie, a ja rozpoczęłam samodzielne zarządzanie szkołą, oczywiście przy współpracy mej wicedyrektor – pani Janiny Trembeckiej. Jednocześnie uczyłam języka polskiego.
Warunki pracy i nauki były w tamtych latach iście spartańskie. Dobudowany wcześniej nowy budynek szkoły stał od niej w pewnym oddaleniu i zimą trzeba było ubierać płaszcz za każdym razem, gdy się chciało przejść z jednego budynku do drugiego. Ustępy znajdowały się na podwórzu. Były to takie kolejowe „łapy”. Potem wykonano toalety
w nowym budynku, tam było już centralne ogrzewanie. Następnie założono je także w starym budynku, ale pamiętam, że piece stały jeszcze rok. Rozebrano je, gdy dyrektorem była pani Trembecka.
Za mojej kadencji mieliśmy w szkole około czterystu uczniów. To były fajne dzieci. Dyscyplina była na pewno trochę lepsza niż dziś. To prawda, że rozrabiały czasem. Jak to dzieci! Bywały bójki, popalanie papierosów, jakieś wino przemycane przez starszych chłopaków na szkolne potańcówki. Ale nie było pyskowania do nauczycieli. Istniał prawdziwy szacunek dla nich.
Gdy „wybuchła” Solidarność, artyści bojkotowali teatry i publiczne występy. Pamiętam, jak co rusz ktoś się oferował z przyjazdem do szkoły. Mieliśmy wtedy okazję oglądać dobre spektakle, wysłuchać koncerty muzyki poważnej lub recitale znanych piosenkarzy. Przyjeżdżali też rozmaici kombatanci lub więźniowie obozów koncentracyjnych i opowiadali o swych przeżyciach. Nierzadko byli to miejscowi ludzie. Sama dwa lub trzy razy zorganizowałam wycieczkę do obozu w Oświęcimiu. Byliśmy również w Warszawie,
a nawet kilka dni w Gdańsku. Większość z naszych dzieci i opiekunów pierwszy raz widziała morze! Braliśmy na język wodę z zatoki, by sprawdzić, czy faktycznie jest słona.
Zachowuję w pamięci wielu moich uczniów, zwłaszcza tych zdolnych. Byłam w jury komisji gminnych i powiatowych konkursów i z dumą wspominam pracowitość i zdolności polonistyczne Józefy Stępień, Bożeny Zyzak czy Iwony Krempy. Do tej pory cieszy mnie zwycięstwo grupy baranowskiej w wielkim gminnym konkursie pod patronatem PCK,
w którym uczestniczyli lokalni lekarze i pielęgniarki.
Szczególnymi wydarzeniami w czasach mego „dyrektorowania” były pochody pierwszomajowe oraz uroczystości 9 maja, z okazji Dnia Zwycięstwa. One angażowały całą społeczność szkolną i lokalną na wiele dni wcześniej. Choć przyszło mi pracować w trudnych czasach realnego socjalizmu, to nie wyobrażam sobie innej pracy. Nauczyciel, to był naprawdę poważany człowiek!

Pani Janina Kurzępa- dyrektor placówki od 1985 r. do 1991 r.

Szkoła – jakież to zwykłe i proste słowo; słowo, które dla człowieka jest jednym z najważniejszych aspektów w jego życiu. Przecież od najmłodszych lat jesteśmy z nią związani jako uczniowie szkoły podstawowej, później szkoły gimnazjalnej, średniej i wreszcie studiów. To właśnie w szkole poprzez proces dydaktyczno-wychowawczy kształtują się młode charaktery, krystalizują się postawy oraz wzorce, które decydują o życiowej drodze młodego człowieka.
Tak wiele lat upłynęło od momentu, kiedy po raz pierwszy stanęłam w progach Szkoły Podstawowej w Baranowie Sandomierskim. Nie byłam nowicjuszką w zawodzie nauczycielskim. Miałam bowiem już osiemnastoletni staż pracy jako nauczyciel i dyrektor niewielkiej szkoły podstawowej w okolicach Sandomierza. Mimo to czułam się, jakbym
po raz pierwszy wstępowała w progi szkoły, speszona i onieśmielona, jakby to był pierwszy dzień mojej pracy zawodowej. Z radością wspominam życzliwe przyjęcie ze strony Dyrekcji i ponad dwudziestoosobowego Grona Nauczycielskiego.
Tu, w Szkole w Baranowie, rozpoczęłam pracę w dniu 1 września 1980 roku jako nauczyciel nauczania początkowego (tak to się w owym czasie nazywało). Praca
z najmłodszymi uczniami dała mi wiele satysfakcji i zadowolenia, stworzyła dużo możliwości do kształtowania młodych umysłów oraz wyrabiania pozytywnego stosunku do nauki i życia w grupie szkolnej, jak i w życiu rodzinnym.
Z dniem 1 września 1985 r. decyzją ówczesnego Inspektora Oświaty i Wychowania w Baranowie Sandomierskim, pana magistra Edmunda Janasa zostałam powołana na zastępcę dyrektora naszej szkoły do spraw dydaktyczno-wychowawczych.
Dyrektorem szkoły została pani mgr Maria Trembecka, doświadczony pedagog, dobry organizator, osoba energiczna, obowiązkowa i szczerze oddana szkole.
Pracę na tym stanowisku wspominam bardzo dobrze. Współpraca Dyrekcji z Gronem Nauczycielskim układała się pomyślnie, charakteryzowało ją pełne zrozumienie i całkowita odpowiedzialność na każdym odcinku wykonywanych zadań. Wspólnie zakładane cele realizowaliśmy z dobrym rezultatem, przy pełnym zaangażowaniu kadry nauczycielskiej.
Nauczyciele podejmowali nowe wyzwania, realizując się jako wspaniali dydaktycy
i wychowawcy poprzez organizację różnych zajęć pozalekcyjnych z wielu przedmiotów. Osiągali świetne wyniki w wielu konkursach przedmiotowych na różnych szczeblach, w sporcie oraz w organizowaniu ciekawych imprez szkolnych, bowiem dobro szkoły dla nas wszystkich było sprawą priorytetową. Jako wicedyrektor starałam się pomagać Koleżankom i Kolegom w ich pracy zawodowej. Szczególną troską otaczałam młodych nauczycieli, umożliwiając im korzystanie z lektury i prasy metodycznej. Zachęcałam ich również do brania udziału w różnego rodzaju spotkaniach metodycznych oraz formach dokształcania organizowanych przez ówczesne ośrodki metodyczne.
Z hospitowanych lekcji i zajęć pozalekcyjnych wychodziłam bardzo zadowolona i usatysfakcjonowana, bowiem były one przygotowane niezmiernie starannie zarówno pod względem merytorycznym, jak i metodycznym.
1 września 1989 roku był dniem zmian na stanowisku dyrektora i wicedyrektora naszej szkoły. Wówczas ja objęłam stanowisko dyrektora szkoły w Baranowie Sandomierskim. Wicedyrektorem zaś została długoletnia, doświadczona i pełna energii nauczycielka tej placówki, pani Janina Nowak.
Okres naszej pracy jako „nowej dyrekcji” przypadł na trudne lata politycznej
i ekonomicznej transformacji w naszym kraju. Ogólne braki w codziennym życiu polskiego społeczeństwa również przełożyły się na funkcjonowanie naszej placówki. Bardzo okrojony budżet ze strony władz oświatowych nie pozwalał na jakiekolwiek inwestycje czy ważniejsze remonty w budynkach szkolnych. Jedynym sponsorem naszej szkoły w owym czasie był Zakład Przeróbki Siarki (G4) w K i Z.P.S. w Machowie, który w miarę swoich możliwości (jak na owe czasy) wykonywał różne remonty, między innymi remont centralnego ogrzewania, remont dachu na budynkach szkolnych czy modernizację pionu sanitarnego.
Jednak pomoc niebawem się skończyła, gdyż i ten zakład, jak wiele innych w Machowie, został zlikwidowany. Borykaliśmy się z wieloma problemami natury gospodarczej. Mogliśmy jednak zawsze liczyć na pomoc Komitetu Rodzicielskiego, jak i wielu rodziców uczniów poszczególnych klas. Były to takie formy wsparcia jak: malowanie ścian w klasach, naprawa sprzętu szkolnego, zakup sprzętu audiowizualnego czy wreszcie drobne remonty wynikające
z codziennego funkcjonowania szkoły.
Mimo tych trudnych czasów życie szkoły tak pod względem dydaktycznym, jak i wychowawczym nie ucierpiało. A to dzięki całkowitemu oddaniu naszych nauczycieli w procesie dydaktyczno-wychowawczym.
Myślę, że nauczyciel-wychowawca nawet w najtrudniejszych czasach zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności wobec młodego pokolenia. Tak więc i nasi pedagodzy stanęli na wysokości zadania i bardzo dobrze zdali egzamin ze swojej powinności nauczycielskiej.
Od kiedy jestem na emeryturze i dowiaduję się o sukcesach byłych uczniów naszej placówki, którzy ukończyli szkoły średnie, studia wyższe i bardzo dobrze wykonują swoją pracę – ogromnie się cieszę. Wtedy myślę, że są to owoce naszej trudnej pracy i że cząstka tego wysiłku jest ich sukcesem.
Pracowałam z zespołem koleżanek i kolegów – nauczycieli z dużym doświadczeniem pedagogicznym, ale i młodymi, ambitnymi pedagogami, którzy bardzo poważnie traktowali swoją pracę. Podziwiam ich wielki upór w dążeniu do wytyczonego celu oraz zaangażowanie w podejmowaniu różnych form kształcenia, by osiągnąć jak najlepsze wyniki w pracy dydaktyczno-wychowawczej.
Lata, które spędziłam w tej szkole jako nauczyciel, wicedyrektor i dyrektor zostawiły we mnie najlepsze wspomnienia. Myślę, że pozostawiłam tu cząstkę siebie i dlatego bardzo często do tych lat myślami wracam. Wszystkim najserdeczniej dziękuję.
Obecnej Dyrekcji i Gronu Pedagogicznemu życzę wielu sukcesów na niwie dydaktyczno-wychowawczej oraz satysfakcji z pracy z dziećmi i młodzieżą.
Pracownikom administracji i obsługi życzę wszelkiej pomyślności oraz powodzenia w życiu osobistym i zawodowym.

Pani Eugenia Kołek - dyrektor placówki od 1999 r. do 2005 r.

Jako nauczycielka nauczania początkowego rozpoczęłam pracę w roku 1970. Do szkoły podstawowej w Baranowie Sandomierskim przeniosłam się dziesięć lat później. W 1995 roku pani Alina Lis objęła stanowisko dyrektora szkoły i jednocześnie powołała mnie na swego zastępcę. Dyrektorem naczelnym zostałam w roku 1999 i byłam nim przez pięć lat. Do szkół właśnie wkraczała reforma i należało sprostać coraz to nowym wymaganiom reorganizacji procesu nauczania. Prócz tego Samorząd Gminy podejmował liczne decyzje o remontach placówki, a ja je realizowałam. Udało się sprawnie i z zachowaniem bezpieczeństwa przebywających w szkole uczniów rozbudować tzw. nową szkołę, dobudować klasy nad starą salą gimnastyczną, przeprowadzić remont kuchni, łazienek, kanalizacji i kilku klas.
Z większych wydarzeń w czasie mej kadencji szczególnie utkwił mi w pamięci przyjazd dzieci z Ukrainy, z okolic Czarnobyla, na dwutygodniową „zieloną szkołę”.
Przy współpracy z panem Burmistrzem, księdzem Machowiczem i Akcją Katolicką, goście zostali rozlokowani po rodzinach uczniów. Dzieci z Ukrainy uczęszczały wraz z naszymi wychowankami na lekcje, a po zajęciach grono nauczycielskie zadbało o zorganizowanie dla nich rozmaitych atrakcji. To było duże, wspólne przedsięwzięcie.
Ważnym wydarzeniem był także wyjazd w 2001 roku naszych uczniów do Teatru Wielkiego w Warszawie. Po spektaklu każdy uczeń i nauczyciel otrzymał bogato oprawioną książkę - pozycję polskiej lub światowej literatury pięknej. Ponadto dostaliśmy jeszcze dużą liczbę egzemplarzy dla szkolnej biblioteki jako dar od Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga dla szkoły z terenów powodziowych. Transport zapewnił jeden z rodziców, pan Jan Lis. Pamiętam wielu życzliwych rodziców, ale najczęściej pomagali nam państwo Drzewińscy. Wspierała nas również Fabryka Firanek w Skopaniu oraz Dyrekcja Zamku. Nasi uczniowie chodzili sprzątać park zamkowy, a w zamian otrzymywali możliwość darmowego zwiedzania muzeum lub drobne upominki. Tu muszę wspomnieć, że nasza szkoła miała w środowisku naprawdę dobre notowania.Na przykład jeden z przewodników na Zamku, mój sąsiad pan Motyka, powiedział mi kiedyś, że dzieci z Baranowa bardzo dobrze się zachowują w czasie pobytu na terenie tego obiektu, a to się rzadko zdarza, zwłaszcza w przypadku uczniów z wielkich miast.
Zawsze dbaliśmy o to, by nasze dzieci miały ciągły kontakt z kulturą i ze sztuką, m.in. poprzez kontynuowanie spotkań muzycznych czy zapraszanie lokalnych artystów, np. pani Anny Rzeszut. Dużo współpracowaliśmy z Domem Dziecka w Skopaniu. Tamte dzieci zapraszaliśmy do nas, na inscenizacje bajek lub zabawy mikołajkowe, a nasi uczniowie odwiedzali ich placówkę, zanosząc prezenty. Mogły spędzić ze sobą trochę czasu i zaprzyjaźnić się. Podobne obustronne korzyści odnosiliśmy ze współpracy z innymi instytucjami i organizacjami lokalnymi – szczególne wyrazy wdzięczności płynęły do nas ze strony Środowiskowego Domu Samopomocy, Ligi Ochrony Przyrody, Miejsko Gminnego Ośrodka Kultury, Zarządu Miejsko Gminnego Związku OSP, Akcji Katolickiej.
Największą radość, jako dyrektorowi szkoły i nauczycielce, sprawiały mi wysokie wyniki osiągane przez wychowanków szkoły w konkursach, sprawdzianach i w ogóle wszelkie uczniowskie sukcesy. Mile wspominam tak zdolnych uczniów, jak Ewę Lis, Kasię Stępień, Wojtka Lisa. Nasi nauczyciele byli bardzo aktywni w podnoszeniu swych kwalifikacji zawodowych. Wydaje mi się, że oni najliczniej, w porównaniu z nauczycielami innych szkół, przystąpili do zdobywania stopni awansu zawodowego.
W ostatnim roku mej pracy miała miejsce ważna uroczystość – stulecie filii szkoły w Suchorzowie. Dziś większość tego typu placówek jest już zlikwidowana. A szkoda. Nie tylko z tego powodu, że były to pięknie utrzymane budynki, ale dlatego, że pełniły rolę wiejskich ośrodków kultury. Jedna szkolna uroczystość z okazji Dnia Matki potrafiła zaktywizować do współudziału wielu mieszkańców danej miejscowości. Jednoczyli się w społecznej pracy, we wspólnej z dziećmi radości, w chęci pomagania nauczycielom. Ogólnie rzecz biorąc, nasza młodzież była zdolna, lecz należało trzymać dyscyplinę. W sprawach wychowawczych skutecznie pomagała mi pani wicedyrektor Grażyna Solarska. Jeśli nawet były wtedy jakieś trudności czy problemy, to z perspektywy czasu szybko się
o nich zapomina. Kłopoty mijają, gdy jest dobra współpraca między nauczycielem, pedagogiem i rodzicami.Wspominać można byłoby wiele, bowiem szkoła jest miejscem, w którym zostawiło się część życia i serca, a wspomnienia tworzą w duszy najpiękniejsze obrazy.

Alina Szymczyk - dyrektor MGOK w Baranowie Sandomierskim w latach 1986-1997. Prezes Zrzeszenia Literatów Polskich im. Jana Pawła II w Chicago, gdzieobecnie mieszka

„Przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”
C. K. Norwid

Baranów Sandomierski, miasto pamiętające najwspanialsze czasy polskiego renesansu. Dzisiaj w Baranowie podziwiać możemy małe kamieniczki na rynku, kapliczki przydrożne, krzyże. Dużo tu zieleni, gdzie wiosną o świcie słychać ptasią muzykę. Najpiękniej ptaki śpiewają w parku, który otacza zamek, rozbudowany przez ród Leszczyńskich, nazywany perłą renesansu. Zamek w każdej porze roku zmienia swoją szatę malowniczą, przynosi natchnienie dla poetów i malarzy.O świcie i późnym wieczorem spaceruje tu biała dama, kusi młodzieńców, zaprasza na przechadzkę, z której młodzieniec już nie wraca. W baranowskim parku sam biskup Ignacy Krasicki pisał wiersze. Zamek pamięta „Złoty Wiek”, wiele wspaniałych rodów odwiedzających jego właścicieli.
O świcie słuchał ptasich koncertów Jarosław Iwaszkiewicz. Wiesław Myśliwski autor książki „Kamień na kamieniu” spacerował o brzasku, delektując się świeżością powietrza. Wytchnienia szukało tu wielu poetów, artystów, ale nie o nich teraz czas mówić.
W centrum miasteczka stoi zabytkowy kościółek, który pamięta czasy Kalwinów i powodzi, dziś woła na msze święte. Obok znajduje się budynek szkoły, której pragnę poświecić moje wspomnienie.
Dziesięć lat było mi dane mieszkać i żyć wśród mieszkańców tego jakże urokliwego miasteczka. Czasem wydaje mi się, że to tam spędziłam wiele lat mojego życia, a to tylko 10, a może aż 10 lat… Dziś z perspektywy czasu pozwolę sobie spojrzeć okiem zwierciadła przywracającego pamięć.
Kiedy przyjechałam podjąć pracę w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury, tydzień po moim przybyciu, skierowałam kroki w stronę szkoły, aby tam zaproponować współpracęna rzecz rozwoju amatorskiego ruchu artystycznego.
Baranów Sandomierski, który odpoczywał przez długi czas, ponieważ budynek Ośrodka Kultury znajdował się w długoletnim remoncie, od tego momentu zaczął tętnićżyciem. Młodzież ze szkoły w Baranowie Sandomierskim uczestniczyła w wielu przedsięwzięciach, jakie podejmował Ośrodek Kultury przy dużym wsparciu dyrekcji i poszczególnych nauczycieli.
Organizowane były liczne konkursy, a wśród nich: recytatorski, piosenki dziecięcej, plastyczny - związany z Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, także widowiska okolicznościowe, wieczory poetyckie, plenery malarskie i wiele innych inicjatyw kulturalnych, w których brały udział wszystkie szkoły z terenu gminy. Szczególnie angażowali się uczniowie z Baranowa Sandomierskiego dzięki wspaniałej współpracyz dyrekcją szkoły.
Wspomnę chociażby świetny kabaret dziecięcy „Baciary”, który uczestniczył w ogólnopolskich przeglądach w Chełmie i w Dukli, przywożąc zwykle jedną z pierwszych nagród. Członkami kabaretu były uczennice: Katarzyna Bargieł, Magdalena Partyka, Dagmara Maciąg, Magdalena Pitra, Ewa Maj, Agata Napieracz.
200 lat - jakże ważny jubileusz! Niewiele szkół może się poszczycić tak długim okresem przekazywania wiedzy. To szkoła niesie oświaty kaganek, kształtuje młode umysły,zaopatruje w potrzebną wiedzę do dalszego życia. Młodzież, jaką miałam przyjemność spotykać w Ośrodku Kultury, była uzdolniona wszechstronnie, może dlatego, że miała wspaniałych nauczycieli. Wspomnę grupy taneczne oraz dzieci tańczące i śpiewające polskie pieśni ludowe pod moim kierunkiem. Było to możliwe dzięki pomocy dyrekcji szkoły, jak również rodziców, którzy chętnie odwiedzali naszą placówkę tętniącą życiem kulturalnym.
Pamiętam, kiedy poproszono mnie, abym nauczyła młodzież tańczyć poloneza na zakończenie ósmych klas. Kiedy przyszłam do szkoły, zauważyłam uczniów, których oczy patrzące we mnie zdawały się pytać:„po co?”, „polonez?”, „przecież taki nudny, lepiej można by coś z disco”. Nauczyciele zdecydowali inaczej. Myślę, że dobrych decyzji w szkole w Baranowie Sandomierskim było o wiele więcej, dlatego tym bardziej cieszę się ogromnie, że mogę pogratulować tak znaczącego jubileuszu, jakim jest 200 lat, a więc dwa wieki.
W obchodach tej jakże ważnej rocznicy, nie sposób zapomnieć o ludziach, którzy odeszli. Chwała im za trud codziennej pracy nauczania tego, co najważniejsze w polskiej historii, w języku ojczystym, kulturze oraz za przekazywanie wiary, jakiej nas nauczyli ojcowie. Dokonywali tego nauczyciele na przestrzeni dwóch wieków.
Dziś pragnę skierować moje słowa podziękowania i uznania za wszelkie dobro, jakie zdarzyło się we współpracy Miejsko- Gminnego Ośrodka Kultury i szkoły w Baranowie Sandomierskim w krzewieniu najcenniejszych wartości narodowego dziedzictwa.
Oddaję hołd tym, co odeszli, kierując wyrazy wdzięczności całemu gronu pedagogicznemu, działającemu w latach 1986–1997, kiedy miałam przyjemność współpracy ze szkołą. Wszystkim nauczycielom życzę, aby Wasz trud przyniósł jak najlepsze owoce dla dobra uczących się dzieci i młodzieży. Szczęść Boże!

Nauczycielu

Kiedy każdy dzień Twojej pracy
radością bijących serc
tym samym rytmem.

Bądź szczęśliwy!

Kiedy każdy dzień Twojej pracy
tworzy radość
wiary w siebie.

Twórz wiarę w dzieło z zapałem!

Kiedy dzień Twojej pracy
odruchem sumienia
jasnym, otwartym, gorącym.

Działaj i czyń dobrze!

Kiedy dzień Twojej pracy
sukcesem, ale i znojem.
Jesteś strudzony? –
Wspomnij Papieża Pielgrzyma
Idź w jego ślady
Ojczyzna potrzebuje Ciebie!

„ Nie jest ważne, by krytykować przeszłość,
lecz aby swój własny wysiłek włożyć w lepszą przyszłość”
ks. kard. Stefan Wyszyński

Stanisław Nowak - nauczyciel geografii w latach 1951-1987

W pierwszych latach mojej pracy w Szkole Podstawowej w Baranowie Sandomierskim prowadziłem klasy od I do IV. Ukończyłem Studium Nauczycielskie i na początku nauczałem prawie wszystkich przedmiotów. Potem wyspecjalizowałem się w geografii.
Duży wpływ na to miał pan Stanisław Wołoszyński, ówczesny dyrektor szkoły i geograf. Od niego pozyskałem wiele cennych wartości: wiedzę, doświadczenie i zamiłowanie. Właściwie to on mnie wykształcił. W szkole była dobrze wyposażona pracownia geograficzna. Mapy, globusy, okazy geologiczne i obrazy poglądowe były dumą pana dyrektora.
Z dużą przyjemnością uczyłem także rysunku. Sam maluję i rzeźbię do tej pory. Moje prace były wystawiane w miejscowym Domu Kultury, a lokalna prasa prezentowała je na swych łamach.Klasy były duże. Średnio trzydzieścioro uczniów. A nauczycieli było około dwudziestu na siedem oddziałów. Wychowawstwo otrzymałem dopiero po kilku latach pracy. Wraz z panem Wołoszyńskim organizowaliśmy autokarowe wycieczki krajoznawcze dla dzieci i młodzieży w Bieszczady, by oglądać m.in. budowany zbiornik Soliński, do Ojcowa na skałki, do Krakowa. Do pobliskiego Połańca jeździliśmy rowerami przez most w Baranowie. Gdy most około roku 1960 rozebrano, wynajmowaliśmy łódki z przewoźnikami.
Bardzo dobrze wspominam współpracę z moimi kolegami, a właściwie koleżankami, bo było ich zdecydowanie więcej. Miałem szczęście trafić do solidnego grona osób wykształconych przez przedwojenne Seminaria Nauczycielskie. Wtedy nauczyciel to była osobistość i autorytet, cieszył się dużym uznaniem i szacunkiem społecznym. A młodzież była bardziej zdyscyplinowana, nie tyle przez szkołę, co przez dom. Bywali jednak rodzice, którzy uważali swe dzieci za anioły i atakowali nauczycieli pretensjami z powodu kiepskich ocen. Jednakże to były rzadkie przypadki. Szczególnie pamiętam nazwiska dwóch zdolnych uczniów, ponieważ poszli w moje ślady i zostali nauczycielami geografii – Stanisława Kozdębę i Waldemara Bezpałko.
Baranowska szkoła była moim jedynym miejscem zatrudnienia. W stażu pracy miałem tylko cztery lata przerwy. Partia powołała mnie na Przewodniczącego Rady Miejskiej, choć nie miałem pojęcia o tej działalności. Właściwie to musiałem być takim amatorskim działaczem sportowym. Zajmowałem się też prowadzeniem drużyny harcerskiej, oczywiście wzorowanej na pionierstwie sowieckim.
Z pracy odszedłem, gdy kierownikiem gminnym był pan Janas. On mnie zachęcał, by jeszcze pozostać, ale ja skorzystałem z możliwości wcześniejszego przejścia na emeryturę. Nie potrafiłem ścierpieć ciągłych reform szkolnictwa narzucanych odgórnie przez władze, bo partia komunistyczna decydowała wtedy o wszystkim.

Janina Nowak – uczennica, absolwentka placówki, zastępca dyrektora szkoły w latach 1989 – 1996, emerytowana wieloletnia nauczycielka historii

“Jeśli nie znalazłeś sposobu na zatrzymanie czasu,
pozwól minionym chwilom powrócić we wspomnieniach”

Nie znalazłam sposobu na zatrzymanie czasu, więc pozwoliłam minionym chwilom powrócić we wspomnieniach. Jest ku temu okazja, ponieważ zbliża się piękny jubileusz naszej szkoły. W tej placówce zostawiłam cząstkę życia i dlatego chcę odnaleźć siebie z tamtych lat, powrócić do przeszłości, przyjaźni i młodości.
Kiedy kończyłam Szkołę Podstawową w Baranowie Sandomierskim, marzyłam, aby zostać nauczycielką i pracować z młodzieżą. Marzenia moje się spełniły. W 1958 roku ukończyłam Liceum Pedagogiczne w Mielcu i rozpoczęłam pracę jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Przykopie, później Żupawie, a w 1965 roku zaczęłam swą pracę w szkole w Baranowie Sandomierskim.
Do dziś mam przed oczami te chwile, kiedy wstępowałam z drżeniem w sercu w mury mojej wymarzonej szkoły. Byłam do pracy pedagoga i wychowawcy dobrze przygotowana, ponieważ licea pedagogiczne stwarzały ku temu odpowiednie warunki. Miałam wtedy 25 lat, byłam młoda i chętna do pracy. Dyrekcja szkoły i Grono Nauczycielskie przyjęło mnie po koleżeńsku i z wielką chęcią udzielenia mi pomocy w przygotowaniu się do zajęć lekcyjnych. Już na początku mojej pracy poznałam blaski i cienie zawodu nauczycielskiego. Zrozumiałam, że jest to praca bardzo ciężka, ale dająca wiele satysfakcji w wychowaniu młodego pokolenia. Tu zawsze liczy się nauczyciel i jego partner – uczeń w rozwiązywaniu wszelkich trudności wychowawczych.
Po wielu latach pracy w szkole zyskałam zaufanie wśród moich wychowanków, sympatię ich rodziców i to sprawiło, że w tej szkole czułam się wspaniale i bezpiecznie. Pracowałam z wieloma dyrektorami: Stanisławem Wołoszyńskim, Józefem Ramockim, Józefą Lis, Marią Trembecką, Edmundem Janasem, Janiną Kurzępą i Aliną Lis. Byli to dobrzy organizatorzy i gospodarze szkoły, zaangażowani w pracę dydaktyczną i wychowawczą, życzliwi dla nauczycieli i uczniów. Wiele lat pełniłam funkcję wicedyrektora szkoły, odpowiedzialnego za pracę dydaktyczną nauczycieli. Na dobre funkcjonowanie placówki oświatowej składa się kilka czynników: praca nauczycieli, dialog z uczniami, praca administracji szkolnej, obsługi, współpraca z rodzicami i środowiskiem. Szkoła w tym czasie była pełna dokonań i osiągnięć i podążała do świetności, i tak pozostało do dnia dzisiejszego.
Pracowałam z moimi starszymi koleżankami (były to moje nauczycielki ze szkoły podstawowej) i młodszymi koleżankami i kolegami. Był to zespół zgrany i doświadczony, traktujący szkołę jako drugi swój dom. Często dzieliliśmy się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami w pracy dydaktycznej i wychowawczej.
Przyglądając się mojej pracy zawodowej, uświadamiam sobie, że na pierwszym planie trzeba zawsze stawiać ucznia, jego osobowość, jego zdolności i zamiłowania. Dlatego starałam się stworzyć uczniom dobre warunki do nauki i rozwijać ich zainteresowania, czego dowodem były olimpiady z historii na szczeblu gminnym. Wielu z nich brało udział w konkursach rejonowych i wojewódzkich.
Wiele pracy i wysiłku włożyłam w oddanie na potrzeby szkoły sali historycznej i Izby Pamięci Narodowej. Pracownię urządzałam wspólnie z panią Barbarą Klarman. Dużą pomoc uzyskałam od dyrektora szkoły, uczniów i rodziców, którzy dostarczali mi zdjęć dotyczących historii Baranowa i materiałów z okresu II wojny światowej. Na lekcjach wychowawczych rozmawiałam z wychowankami, jak należy odczytywać współczesny świat, bo w świecie tym jest wiele rzeczy i zjawisk, w których młody człowiek nie zawsze może się w pełni odnaleźć.
Częste wycieczki krajoznawcze zbliżały nas do siebie i uwrażliwiały na piękno i właściwe spostrzeganie drugiego człowieka. W mojej pracy pedagogicznej i wychowawczej korzystałam z nauczania papieża Jana Pawła II, ponieważ jego nauka była mi pomocna w rozwiązywaniu trudności wychowawczych. Przez te wszystkie lata starałam się wpoić uczniom wiedzę, która będzie im potrzebna w dojrzałym życiu. W pracy nad moim rozwojem intelektualnym pomagała mi literatura pedagogiczna i prasa oraz doświadczenia znanych autorytetów.
Cieszę się, że mogłam 32 lata pracować w mojej szkole, być blisko ucznia i jego problemów. Często spotykam się z moimi wychowankami i mile wspominamy lata spędzone w murach baranowskiej szkoły. Wielu z nich ukończyło studia wyższe i pracują w różnych zawodach. Są bardzo przydatni na różnych stanowiskach. I tu w dużej mierze jest zasługa nauczycieli i wychowawców szkoły podstawowej.
W sierpniu 2011 roku spotkałam się z absolwentami mojej klasy, którzy 20 lat temu opuścili swoją szkołę. Spotkanie przebiegało w miłej atmosferze (szkoda tylko, że było ich tak mało). Los rozrzucił ich po różnych zakątkach Polski i świata. Wspominaliśmy wszystkie lata szkolne spędzone na dobre i złe, ponieważ wiemy, że były też i trudne czasy dla nauczycieli i uczniów.
Aby doskonalić moje umiejętności pedagogiczne i wychowawcze, podejmowałam różne formy dokształcania. Ukończyłam Studium Nauczycielskie w Przemyślu - kierunek historia i Wyższą Szkołę Zawodową w Rzeszowie - kierunek historia. W nagrodę za solidną pracę w dziedzinie nauczania i wychowania otrzymałam w 1989 roku odznakę „ Za zasługi dla województwa tarnobrzeskiego”, „Złoty Krzyż Zasługi”, a w 1990 roku Prezydent Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej odznaczył mnie „Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski”.
Przez wiele lat byłam opiekunką szkolnego Koła PCK. Uczniowie wraz z opiekunem brali udział w wielu dobroczynnych akcjach, które przyczyniały się do udzielania pomocy potrzebującym. Odczyty i pogadanki uświadamiały uczniom, jak dbać o zdrowie i higienę osobistą.
W czerwcu 1996 roku po 38 latach pracy w zawodzie nauczycielskim przeszłam na emeryturę. Do dziś pamiętam słowa podziękowania od dyrektora szkoły Aliny Lis, rodziców, dzieci, Burmistrza Kazimierza Ślęzaka. W tej uroczystej chwili łza zakręciła się w moich oczach.
Życzę obecnej Dyrekcji, Gronu Nauczycielskiemu wszystkiego najlepszego, dużo sukcesów w dziedzinie nauczania i wychowania młodego pokolenia, satysfakcji w pracy z dziećmi i młodzieżą, a wszystkim pracownikom szkoły zdrowia i zadowolenia w życiu osobistym.
Wierzę, że dzień obchodów 200 rocznicy powstania baranowskiej szkoły na trwałe wpisze się w pamięć dzieci, młodzieży, nauczycieli, księży, społeczności lokalnej. Wspomnienia przypominają minione chwile, bowiem czas przemija, a duch szkolny trwa przez wieki.

Maria Kopeć (Kołek) – bibliotekarka, emerytowana, wieloletnia nauczycielka

Co pozostało w pamięci?

W roku 1967 ukończyłam z wyróżnieniem Liceum Pedagogiczne w Mielcu.Pełna młodzieńczej energii 16 sierpnia 1967 roku rozpoczęłam pracę jako nauczycielka w Szkole Podstawowej w Przykopie. Z dniem 1 września 1972 roku otrzymałam służbowe przeniesienie do Szkoły Podstawowej w Baranowie Sandomierskim na stanowisko bibliotekarki. Księgozbiór przejęłam od pani Zdzisławy Wilczyńskiej. Moim głównym zadaniem było skatalogowanie księgozbioru oraz dokonanie inwentaryzacji. Warunki lokalowe przeszły wszelkie moje oczekiwania. Ciasnota, brak odpowiednich regałów, ogromna ilość zniszczonych, podczas wieloletniego użytkowania, woluminów sprawiły, że moja praca była swoistą orką na ugorze. Nauczyciele wypożyczali uczniom książki dwa razy w tygodniu, podczas przerw międzylekcyjnych. Najczęściej były to godziny niepłatne lub 6 godzin nadliczbowych w miesiącu. Trudno więc się dziwić, że księgozbiór pozostawiał wiele
do życzenia. Biblioteka mieściła się tuż obok sali gimnastycznej.Wypożyczanie książek odbywało się przez okienko podawcze. Mimo to czytelników nie brakowało. Pamiętam, że niektórzy miesięcznie przeczytali nawet po 6 książek i to ze zrozumieniem, bo miałam zwyczaj pytać uczniów o szczegóły dotyczące treści. Zresztą, samauwielbiałam czytać. Po dokonaniu szczegółowej inwentaryzacji, przystąpiłam następnie do skatalogowania księgozbioru. Warunki lokalowe poprawiły się, gdy bibliotekę przeniesiono do zwolnionej izby lekcyjnej po klasie 8 c, w której znajduje się do dnia dzisiejszego. Oprócz codziennej pracy w bibliotece musiałam chodzić na tzw. zastępstwa.
I to była prawdziwa szkoła przetrwania! Utrzymać dyscyplinę, zrealizować zaplanowany materiał i jeszcze zdobyć jaki taki autorytet - graniczyło z cudem. Bibliotekarka nie miała takiego szacunku, jakim cieszyli się nauczyciele. A ponieważ najbardziej z wszystkiego lubiłam uczyć dzieci, więc 1 III 1976 roku bibliotekę szkolną przekazałam pani Helenie Sulik.
Wówczas zakończyła się moja przygoda z biblioteką. 21 sierpnia 1978 roku otrzymałam służbowe przeniesienie na stanowisko nauczycielki dyplomowanej Zbiorczej Szkoły Gminnej w Baranowie Sandomierskim - Punkt Filialny w Dymitrowie Dużym. I tak rozpoczęłam pracę w klasach łączonych. Z powodu zbyt małej liczby uczniów nie mogły być organizowane pojedyncze oddziały. Wspólna nauka zmusza do myślenia. Jestem przekonana, że ukierunkowane przez nauczyciela samodzielne uczenie się, daje trwałą wiedzę. Jednakże nauczyciel musi odpowiednio zorganizować zajęcia. Z tego okresu pamiętam wiele zdarzeń, tych dobrych i tych złych. Nie zawsze ocena mojej pracy dokonana przez środowisko była adekwatna do włożonego trudu w wychowanie i kształcenie dzieci. Mając rzetelną wiedzę o warunkach domowych ucznia, o jego trudnym dzieciństwie, o przebytych chorobach i kłopotach rodzinnych, zawsze starałam się takiemu dziecku pomóc. Kierownikiem Punktu Filialnego w Dymitrowie Dużym Zbiorczej Szkoły Gminnej w Baranowie Sandomierskim zostałam mianowana 20 sierpnia 1979 roku.
Dnia 31 sierpnia 1996 roku zakończyłam pracę i przeszłam na emeryturę. Tym samym zwolniłam etat osobie młodszej, pani Elżbiecie Rzeźwickiej. Za wieloletnią pracę zostałam odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ( 25 września 1991 r.).Mile wspominam każdą uczennicę i każdego ucznia. Wszystkich pamiętam z imienia i nazwiska. Ukończyli szkoły zawodowe, średnie techniczne i ogólnokształcące, a także studia wyższe. Są wśród nich absolwenci Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, Akademii Pedagogicznej w Krakowie, Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, Politechniki Rzeszowskiej, Akademii Rolniczej w Krakowie, Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Wszyscy oni są dumą nasze małej wioski.
Warunki lokalowe w Punkcie Filialnym były tak kiepskie, że przystąpiono do kapitalnego remontu. Na czas robót remontowych szkołę przeniesiono do Domu Ludowego. Mimo to nasze dzieci pogłębiały swoją wiedzę i umiejętności w stopniu zadowalającym. Remont udało się zakończyć, ale kłopotów nadal nie brakowało. W roku 1994 udało mi się zakończyć budowę linii telefonicznej. Jako przewodnicząca Społecznego Komitetu Budowy Linii Telefonicznej dla wsi Dymitrów Duży i Dymitrów Mały miałam tę satysfakcję, że odbiór był bez usterek i finansowych nadużyć. Tak naprawdę to nadal pracuję z młodzieżą, tylko społecznie. Pomagam młodym ludziom z trudnościami szkolnymi przed wykluczeniem społecznym. Pasja czy powołanie, sama nie wiem! Niestety, czas nieubłaganie płynie, a nam pozostają wspomnienia, które przenoszą nas w przeszłość i przypominają piękne chwile naszego życia.

Krystyna Szewc – emerytowana nauczycielka matematyki, ucząca w latach 1972 - 1998

Rozwiązałam z moimi uczniami w ciągu swej długiej pracy zawodowej wiele nie tylko matematycznych, ale i wychowawczych zadań. Teraz przyszło mi się zmierzyć z nietypowym zadaniem – wyzwaniem, a mianowicie napisaniem kilku wspomnień i refleksji związanych z 26 –letnim okresem mojej pracy w Szkole Podstawowej w Baranowie Sandomierskim.
Zadaję sobie pytanie, jakie znaczenie ma dla mnie wyrażenie baranowska szkoła podstawowa. To przede wszystkim drogie sercu miejsce, bowiem miejsce mojej pracy,
w którym stopniowo poprawiały się warunki lokalowe. Wybudowano przewiązkę łączącą dwa odrębne budynki, zainstalowano centralne ogrzewanie. Prace te zostały wykonane, gdy funkcję dyrektora pełnił pan Józef Ramocki. Z tego okresu pamiętam, że dla mnie szczególnie ważnym przedsięwzięciem było odpowiednie zorganizowanie i doposażenie pracowni matematycznej. Przypominam sobie, że pierwsze pomoce do geometrii robiłam razem z uczniami. Wiele nowoczesnych środków dydaktycznych zostało zakupionych na przełomie lat 1970 i 1980. W tym też czasie dołączył do naszego Grona Nauczycielskiego pan Jan Panek, który dzięki swym artystycznym uzdolnieniom namalował poczet matematyków, zdobiący naszą klasopracownię.
Obecnie często odwiedzam szkołę i z podziwem patrzę na zmieniające się warunki pracy nauczycieli i okoliczności nauki dzieci i młodzieży, które z całą pewnością są zasługą starań i zabiegów pani dyrektor Eugenii Kołek i pani dyrektor Aliny Lis.
Szkoła to również zespół nauczycieli, czyli Grono Pedagogiczne na czele z Dyrektorem Placówki.
Grono Nauczycielskie, którego byłam cząstką, odpowiadało za realizację celów dydaktycznych i wychowawczych. Od jakości pracy, a właściwie współpracy wszystkich nauczycieli, zależały wyniki nauczania i wychowania. Gdy działalność dydaktyczna i wychowawcza szła w parze, to i efekty były widoczne w postaci bardzo dobrych rezultatów osiąganych w każdej dziedzinie.
Rozpoczynając pracę w Szkole Podstawowej w Baranowie Sandomierskim, miałam za sobą 5 – letni okres pracy pedagogicznej w Woli Baranowskiej, gdzie pod kierownictwem pana Edmunda Janasa zdobyłam doświadczenie w pracy z młodzieżą ze wsi.
W nowym miejscu zastałam wielu wspaniałych nauczycieli, takich jak: p. Janina Nowak, p. Wiesława Krzemień, p. Stefania Drzewińska, p. Ksenona Kubik.
Szczególnie miłe okazało się spotkanie z p. Janiną Nowak, która w przeszłości była moją nauczycielką i wychowawczynią w mej rodzinnej wsi – Przykop.
Z panią Janiną organizowałyśmy wiele wycieczek autokarowych i rowerowych, zwiedzając miejscowości sąsiednich gmin, związane ze sławnymi rodakami, np. miejsce urodzin Ignacego Łukasiewicza – Zaduszniki.
Przez wiele lat pełniłam funkcję opiekuna Samorządu Szkolnego. Powracając do tego w myślach, sądzę, że ogromną radość i satysfakcję sprawiało mi zaangażowanie w organizację uroczystości z okazji świąt państwowych i szkolnych. Szczególnie ceniłam sobie współpracę z paniami „od muzyki”, p. Wiesławą Krzemień i p. Kazimierą Babulą, a także polonistkami – p. Aliną Lis i p. Danutą Lis.
W ciagu tych lat pracowało w naszej szkole – krócej lub dłużej – wielu nauczycieli, którzy pozostali w mojej pamięci i myślę, że również w pamięci uczniów.
Niezmiernie doceniam współpracę w zakresie nauczania matematyki ze wspomnianym już p. Janem Pankiem. Z przyjemnością organizowałam z nim konkursy matematyczne, olimpiady, a także lekcje pokazowe z matematyki dla nauczycieli ze szkół Gminy Baranów Sandomierski i Padew Narodowa.
Mam wiele miłych wspomnień dotyczących współpracy z nauczycielkami – moimi wcześniejszymi uczennicami, tj. Grażyną Stępień (z domu Nowak) i Barbarą Klarman, którym szczególnie jestem wdzięczna za wsparcie w czasie mojej choroby, w okresie 1981 i 1982 r.
Nie możemy zapominać, że szkoła to przede wszystkim uczniowie kształcący się nie tylko w Baranowie, ale również w czterech filialnych szkołach, tj. Dymitrowie Dużym, Suchorzowie, Skopaniu i Nagnajowie. Dzieci z placówek filialnych - od klasy V, a w późniejszych latach od klasy IV – kontynuowały naukę w Szkole Podstawowej w Baranowie Sandomierskim.
Bardzo istotna była integracja tych uczniów, by w następnych latach tworzyli zwarte i zgodne zespoły pod przewodnictwem wychowawców.
Nauczyciele rozwijali uczniowskie pasje i zainteresowania, kształcąc niejednokrotnie ponadprogramowe umiejętności, dzięki czemu umożliwili wielu uczniom osiągnięcie szkolnego sukcesu, czyli uzyskanie tytułu laureata olimpiady. Przywołam w tym miejscu chociażby takie nazwiska, jak: B. Rzeszut, B. Stępień (absolwent z 1977 r.), Alicja Tyburska (absolwentka z 1980 r.), Urszula Szewc (absolwentka z 1988 r.), Stanisław Kołek (absolwent z 1991 r.), Grzegorz Szeliga (absolwent z 1998 r.) i wielu innych.
Uczniowie po ukończeniu szkoły podstawowej kontynuowali naukę w wybranych szkołach licealnych i technikach, a następnie rozwijali swoje zdolności, studiując na wielu uczelniach.
Bardzo się cieszyłam, gdy słyszałam o swoich uczniach, wychowankach jako o inżynierach, nauczycielach, lekarzach, księżach, ekonomistach czy prawnikach. Część z nich wróciła do naszego środowiska, stanowiąc przysłowiową inteligencję i pomagając innym w ramach zdobytego wykształcenia.
Nie można pominąć również i tych dziewcząt i chłopców, którzy po ukończeniu tutejszej placówki wybrali szkoły zawodowe, a dziś są dobrymi murarzami, rolnikami, gospodyniami, dbającymi o rozwój swojej małej ojczyzny.
Byli i tacy uczniowie, którzy mieli mniejsze możliwości poznawcze, byli mniej uzdolnieni i im także poświęcaliśmy wiele swojej pedagogicznej uwagi. Organizowaliśmy klasową pomoc koleżeńską, zajęcia wyrównawcze. Istotną rolę odgrywała tu współpraca z rodzicami, dla których prowadziłam często tzw. „Powtórki z matematyki”, by stworzyć rodzicom możliwość pomocy dla ich dzieci.
Spotykam często moich byłych uczniów, którzy doceniają pracę nauczycieli naszej szkoły. Korzystając z okazji, pragnę podziękować wszystkim kierującym pod moim adresem słowa wdzięczności, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że lata pracy w tej placówce, to dobrze wypełniona pedagogiczna misja.
Dziś chciałabym życzyć osobom związanym w jakikolwiek sposób z historią baranowskiej szkoły niezapomnianych wzruszeń, które utrwalą ten jubileuszowy czas głęboko w naszej pamięci, bo ja już wiem, że „gdy nadchodzi jesień życia, jego wiosna wciąż trwa w sercach”.

Anna Fila – emerytowana nauczycielka

„Czas mojej pedagogicznej pracy minął bezpowrotnie, ale czar wspomnień trwa nadal”

Pracę dydaktyczno – wychowawczą i opiekuńczą podjęłam w Szkole Podstawowej w Baranowie Sandomierskim 25 sierpnia 1978 roku, mając 25 letni staż pracy w zawodzie nauczycielskim.
W pierwszym roku pełniłam w szkole funkcję Komendanta Hufca Gminnego.
Moim zadaniem było promowanie rozwoju i ożywianie harcerskiej działalności w miejscowej placówce i szkołach należących do Gminy Baranów Sandomierski.
W tym właśnie czasie, który do dziś wspominam z wielkim sentymentem, zatrudniona została mgr Alina Fulara (obecna Pani Dyrektor), osoba utalentowana pedagogicznie, angażująca się w pracę z młodzieżą i tworząca drużyny harcerskie. Doskonale pamiętam, jak po lekcjach w godzinach popołudniowych społecznie organizowała atrakcyjne zajęcia,zwane zbiórkami harcerskimi. Młodzież zdobywała sprawności, odznaki harcerskie i wykonywała prace społeczne na rzecz szkoły i środowiska. Przez Komendanta Hufca, którego pełniłam obowiązki, były organizowane eliminacje drużyn ze szkół całej gminy. Drużyna harcerska prowadzona przez Panią Alinę zdobyła I miejsce i zasłużenie uhonorowana została nagrodą Komendy Chorągwi w Tarnobrzegu.
Po rocznej pracy harcerskiej przejęłam obowiązki nauczyciela uczącego w klasach I – III. Bardzo miło wspominam z tego okresu moje relacje z wychowankami, jak również współpracę z ich rodzicami, którzy pomimo wielu obowiązków domowych i zawodowych czynnie włączali się w organizację różnych szkolnych przedsięwzięć.
Jakże nie wspominać tych przedstawień choinkowych, teatrzyków, akademii czy wycieczek. Moja praca pedagogiczna to również prowadzenie zajęć praktycznych w starszych klasach szkoły podstawowej. Pamiętam podział na grupy, prace z dziedziny sztuki kulinarnej, wyszywanie makietek, dzierganie na drutach, haftowanie, szycie. Po wykonaniu zadania organizowałam wystawy prac, które cieszyły się uznaniem oglądających, również i ja miałam satysfakcję.
Nie mogę nie wspomnieć także o organizowanych przeze mnie zbiórkach „zuchów”, skupiających uczniów klas młodszych. Ta forma szkolnej aktywności była maluchom szczególnie bliska i wyzwalała wiele pozytywnych emocji i wrażeń.
W okresie ferii zimowych organizowałam w miejscowej szkole zimowiska. Dzieci korzystały z jednego gorącego posiłku. Szkoła tętniła pełnią życia do późnych godzin popołudniowych. W okresie wakacji pracowałam w schronisku młodzieżowym, które funkcjonowało w tej szkole. Przyjmowałam pojedynczych turystów i grupy młodzieżowe z wychowawcami na noclegi. Poznawałam w ten sposób nowych ludzi, co też było ciekawym doświadczeniem.
Bardzo miło wspominam swoją pracę w tej szkole i z szacunkiem chylę głowę przed dyrektorami tj. P. Ramockim, M. Trembecką, P. Janasem i Aliną Lis.
Teraz szkoła jest bardzo zadbana, wyremontowane wnętrza, bogate w dekoracje i nowoczesne pomoce – nieco inna rzeczywistość, ale nadal droga sercu memu placówka, którą z przyjemnością odwiedzam i wspominam, bowiem ,,Wspomnienia stanowią skarbnicę przeszłości głęboko zakorzenionej w naszych sercach i pamięci".

Maria Anna Bajor Cielińska – uczennica szkoły w latach 50- tych, następnie nauczyciel języka polskiego

Bywa, że historia czyjegoś życia zatacza koło, zmuszając do powrotu w miejsce, do którego nie bardzo chciało się wrócić.
Moje powroty w rodzinne strony wiążą się w pewien sposób ze Szkołą Podstawową. Przypadek czy zrządzenie losu? Rzymski poeta Owidiusz twierdził „Przypadek rządzi połową naszych zdarzeń, a my kierujemy resztą”.
Szkoła Podstawowa (w czasach mojego dzieciństwa bezimienna) przywołuje różne wspomnienia. Im jesteśmy starsi, tym bardziej mityzujemy przeżycia szkolne, związane z domem rodzinnym, pierwsze uczucia… Wypieramy z pamięci złe, upiększamy dobre…
Do Podstawówki uczęszczałam w latach pięćdziesiątych, czyli w najtrudniejszym okresie powojennej historii naszego kraju. Dorośli półgłosem rozprawiali o polityce spoglądając na drzwi i przepędzając nas, dzieci. Trochę później dowiedziałam się, co groziło za słuchanie Wolnej Europy czy opowiadanie kawałów politycznych. Wstrząsającą lekturą były dla mnie „Opowiadania” M. Hłaski, które podsunął mi kiedyś mój mocno starszy brat.
Tymczasem byłam zwykłym (średnio rozgarniętym dzieckiem) wychowywanym w surowej dyscyplinie, co nie było wyjątkiem. Narzędzie dyscyplinujące to średniej wielkości kropidło. Tylko raz w roku służyło do celów sakralnych, ale kilka razy Mama musiała sprawiać nowe…, bo następowało zużycie materiału.
Tak jak moi rówieśnicy niecierpliwie wyczekiwałam końca roku szkolnego. Z radością witałam po wakacjach pierwszy dzwonek, przyrzekając w duchu, że nie będę nieustannie przepisywać zeszytów, bo postaram się poprawić pismo… Cieszyłam się, gdy zbliżało się robotnicze Święto 1 maja i razem z innymi dziećmi brałam udział w pochodzie. Nie analizowałam haseł i portretów.
Józef Wissarionowicz Stalin nie znaczył dla mnie nic, w przeciwieństwie do Cioci Zosi mieszkającej w Stalinogrodzie, który często mylił się Mamie z jakimiś Katowicami. Kiedy po 1956 roku nastąpiła odwilż, szybko nadrobiłam zaległości z „wiedzy o Polsce i świecie współczesnym”. Dla nas najmłodszych liczyło się, że było kolorowo, wesoło i… nie było lekcji. Wspominam z sympatią zbiórki harcerskie, patrole, podchody, bliższe i dalsze wycieczki, akcje niewidzialnej ręki, zbieranie butelek i makulatury na szczytny cel – odbudowania stolicy.
W okresie lata Dyrekcja czuwała nad zorganizowaniem kolonii i półkolonii. Ta druga forma (z której korzystałam) swoją bazę miała w budynku szkolnym.
W okresie jesienno-zimowym można było skorzystać ze świetlicy, którą prowadziła p. Wołoszyńska. Niektórzy odrabiali lekcje, inni przychodzili później, by tylko pograć w Chińczyka albo warcaby. Gdy zawitała prawdziwa zima, wszystkie dzieci wyruszały na lodowisko, czyli zamarznięte stawy. Pamiętam łyżwy, które wymagały specjalnej obróbki obcasów. Sama jeździłam na zmodernizowanych, ale w dalszym ciągu mocowanych do butów. Pamiętam takiego Mikołaja, który przyniósł mi buty narciarskie (nie miały nic wspólnego z dzisiejszymi), ale łyżwy trzymały się świetnie.
Moja Podstawówka – to pierwsze przyjaźnie i przejażdżki rowerami do Dymitrowa i Przewozu w towarzystwie: Tosi, Krysi, Wiesi i trzech Elek, z których Elka D. była moją najbliższą przyjaciółką. Ela znakomicie ćwiczyła i jeździła na łyżwach.
Z perspektywy czasu bledną wspomnienia związane z upolitycznieniem szkoły, czyli cotygodniowymi apelami, z obowiązującą prasówką (informacje o aktualnych wydarzeniach przygotowywane przez uczniów klasy najstarszej). Czego tam nie było… Przodownicy pracy socjalistycznej, spółdzielnie produkcyjne, krowy rekordzistki, Tajwan i Czang Kaj-Szek, dzieci koreańskie „traktowane napalmem”. Tylko Murzynek Bambo jawił mi się jako prawdziwy koleżka, który musi się uczyć jak ja „ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki”.
Warunki socjalne Szkoły były siermiężne, jak siermiężny był tak naprawdę ustrój (z czego nie do końca zdawałam sobie sprawę). Dobrze jednak zapamiętałam odwiedziny funkcjonariuszy SB, przerażoną twarz Mamy i smutną Ojca, żegnającego się z nami w taki sposób, jakby miał nigdy nie wrócić… Na szczęście wrócił i tamto wydarzenie odeszło chwilowo w niepamięć, ponieważ zbliżała się kolejna wiosna. Nawet nauka w obskurnych barakach z dymiącymi piecykami i skrzypiącą podłogą nie mogły zniszczyć radości z faktu, że znowu będzie zielono, zakwitną narcyzy, bzy i konwalie…i odbędzie się tradycyjny pochód pierwszomajowy…
Tymczasem wiosenny wiatr przynosił także zapach z toalet (używaliśmy niestety bardzo kolokwialnych określeń na ten przybytek mieszczący się w podwórzu). Była to mieszanina wapna i chloru. W cieplejsze dni „zalatywało” substancją konserwującą o wdzięcznej nazwie ter.
W mojej pamięci głęboko utkwiły jeszcze dwa wydarzenia, które zmusiły mnie - dziecko do głębszej refleksji nad sobą i życiem w ogóle.
Pierwsze mogło mieć tragiczny finał. Otóż – nasza wychowawczyni p. Zofia Mierzwowicz-Trela prowadziła zespół tańca ludowego i którejś pięknej niedzieli jechaliśmy WOZEM do Domu Kultury w Tarnobrzegu na eliminacje. Pan W. był statecznym, poważnym człowiekiem i dobrym woźnicą, ale z nieznanych przyczyn stracił panowanie nad końmi. Wóz z gromadką dzieci pędząc z góry chyba w Kajmowie (stara droga), stoczył się do rowu. Mocno poturbowana została pani Zofia, koń stracił życie a nam nic się nie stało. Nie pamiętam, w jaki sposób dowieziono nas do powiatu, ale wzięliśmy udział w eliminacjach i nawet zajęliśmy jakieś nie najgorsze miejsce. Należy wspomnieć o przerażeniu i rozpaczy rodziców, do których doszły mocno przesadzone informacje o wypadku (nie było telefonów komórkowych, a samochód należał do rzadkości i w Baranowie był jeden).To zdarzenie uzmysłowiło mi fakt kruchości życia, z którego do tej pory nie zdawałam sobie sprawy…
Kiedy wiele lat później już jako nauczycielce Szkoły Podstawowej, a potem Liceum przyszło mi prowadzić zajęcia w sali głównego budynku od strony kościoła (pracownia polonistyczna), wracał do mnie obraz lekcji zespołu mandolinistów. Naszym nauczycielem był p. Marian Satara. Pamiętam początkowe żmudne ćwiczenia i moją pierwszą życiową porażkę. W Domu Kultury (mówiliśmy w Sokole) z okazji 1 maja odbywał się uroczysty koncert. Jako jeden
z punktów programu wybrano występ naszego zespołu. Na sali: rodzice, znajomi, koledzy, koleżanki. Pan Satara przydzielił mnie do drugiego głosu, co jest trudniejsze, ponieważ wymaga absolutnej koncentracji. I oto gramy słynną pieśń „Suliko” (podobno ulubioną samego Stalina) i nagle… zgubiłam się, nie mogłam „złapać” dalszego ciągu… Markowałam więc granie, pot spływał mi chyba z uszu (niczym później moim uczniom w czasie matury). Dyrygent groźnie na mnie spoglądał, bo osłabiałam mu drugi głos, ale nic nie mógł zrobić. Kolejny utwór „Fale Dunaju” wypadł świetnie. Jakoś się pozbierałam, ale do najbliższej lekcji przeżywałam istne tortury. Nawet rozważałam wypisanie się z zespołu. Drżałam
z obawy, że nauczyciel mnie mocno zruga, ośmieszy. Tymczasem p. Satara, człowiek niezwykle taktowny z typowym dla niego życzliwym uśmiechem, inteligentnie skomentował moją wpadkę mówiąc, że „nawet przodownicy zostają czasem w tyle”. Była to aluzja
do tablicy przodowników w nauce, wiszącej przed tą właśnie salą na dolnym korytarzu. Z lekcji muzyki, które nie trwały niestety długo (zmarł nagle młody nauczyciel, inicjator wielu przedsięwzięć artystycznych) pozostała mi umiejętność śpiewania drugim głosem i tolerancja dla ludzkich błędów.
Ówczesne Grono Pedagogiczne, którym „dowodził” p. S. Wołoszyński składało się z naprawdę bardzo dobrych pedagogów. Wymienię przede wszystkim tych, którzy mnie uczyli: Dyrektora St. Wołoszyńskiego, p. H. Karst, p. Z. Drzewińską, p. E. Madej, p. M. Urdzelę, p. I. Kopecką, p. S. Majkę, p. Z. Mierzwowicz, p. K. Kubik, p. S. Lonczak, p. S. Nowaka. Wyposażyli mnie w wiedzę, dzięki której dostałam się do Liceum Ogólnokształcącego w Tarnobrzegu, rozpoczynając kolejny etap swojego życia, a zarazem dając początek pierwszemu kołu, które miało się zamknąć moim powrotem do Podstawówki, ale już w charakterze nauczycielki.
Po raz drugi Szkoła Podstawowa w Baranowie Sandomierskim powitała mnie po 9 latach (4 lata liceum i 5 lat studiów). Byłam świeżo upieczoną panią magister filologii polskiej. Dzisiaj wyższym wykształceniem legitymują się wszyscy nauczyciele, którzy dodatkowo mają za sobą studia podyplomowe i kilka specjalizacji. Wtedy tytuł magistra miała młoda nauczycielka historii p. Helena Sz., no i ja. Muszę przyznać, że ani Dyrektor
p. St. Wołoszyński, ani pozostali nauczyciele, którzy uczyli mnie wcześniej, nie mieli z tego tytułu kompleksów. Byli to dobrzy pedagodzy z dużym doświadczeniem, długoletnim stażem. Młodsi, których poznałam, uzupełniali wykształcenie, studiując zaocznie. Współpraca układała się świetnie poza jednym wydarzeniem, które daleko później właściwie oceniłam.
Jak wtedy sądziłam, nie znalazłam zrozumienia w tak ważnym momencie życiowym, jakim miał być mój ślub, a dwa dni wcześniej lekcja pokazowa dla wszystkich nauczycieli przedmiotów humanistycznych z powiatu. Ale kto chciałby za mnie poprowadzić takie zajęcia? Były jeszcze dwie polonistki – moje dawne nauczycielki, które (tak to dzisiaj widzę) uznały, że niech młoda pokaże, co umie. I słusznie!
Znacznie ciekawszą będzie inna strona mojej pracy pedagogicznej. Jak już wspomniałam, część Grona stanowiły osoby starsze przyzwyczajone do surowych ubiorów Kadry (granatowy fartuch z białym kołnierzem, ciemny kostium, czarna suknia). Młodsze panie już zaczęły wprowadzać stroje kolorowe ku zgorszeniu pierwszych. A tu nagle my najmłodsze przyzwyczajone na studiach do mini. Nie myślałyśmy o zrezygnowaniu z kusych ubiorów tylko dlatego, że jesteśmy nauczycielkami (nasze pracujące koleżanki w innych branżach dalej tak się ubierały). Budziło to ogólne zgorszenie niczym dzisiaj spodnie poniżej pępka. Celowała w tym Monika M. nauczycielka wychowania plastycznego, a ja tuż za nią, ponieważ musiałam się liczyć z Mamą, która miała niezmiennie surowe zasady i co prawda nie sięgała po „argument kropidła”, jak to czyniła za „przestępstwa” wieku dziecięcego,
ale jak to się wtedy mówiło „wstawiała gadki”. Udawałam, że nie wiem, dlaczego moi 15-letni uczniowie upuszczają tak często długopisy – chyba nie dlatego, by sprawdzić długość moich nóg. Byłam wtedy 23-letnią młodą kobietą, a nie babcią na emeryturze.
Praca z ówczesnymi młodymi ludźmi, którzy w tej chwili zbliżają się do wieku słusznego, dawała mi ogromną satysfakcję. Była to młodzież klas najstarszych, dobrze wychowana, chciała się naprawdę czegoś nauczyć.
W drugim roku mojej pracy zmienił się Dyrektor Szkoły. Odeszły do Tarnobrzega Helena Sz. i Monika M. Mąż otrzymał mieszkanie jako stypendysta Siarkopolu, więc ja także przeniosłam się do powiatu. Bez większego żalu opuszczałam rodzinne miasteczko, w którym byłam szczęśliwa, ponieważ naiwnie sądziłam, że prawdziwe szczęście czeka mnie właśnie tam… Nie wiedziałam przecież, co mnie tam spotka. Skąd miałam wiedzieć, co przyniosą mi kolejne dni… miesiące… lata. Przyznaję słuszność Z. Nałkowskiej „Rzeczywistość jest do zniesienia, bo jest nie całkiem wiadoma”.
Ktoś kiedyś powiedział:„Jeżeli coś zdarzyło się po raz drugi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zdarzy się po raz trzeci”.
I tak oto ( po raz trzeci) w roku 2002 przekroczyłam progi zmodernizowanego budynku dawnej Szkoły Podstawowej, by w kilku jej salach oddanych nowo utworzonemu Liceum Ogólnokształcącemu, uczyć młodzież języka polskiego.
Tylko ja mogłam ocenić, jak bardzo zmieniły się warunki pracy (sale, korytarze, toalety z prawdziwego zdarzenia, sala gimnastyczna, a w zasadzie mała hala sportowa, otoczenie szkoły, która otrzymała patrona – księdza J. Twardowskiego). Nawet moja poprzednia placówka – słynne Liceum Ogólnokształcące w Tarnobrzegu (Kopernik) – pozostawała w tym czasie w tyle. Liceum przetrwało kilka lat i cały czas coś się zmieniało dzięki operatywności p. dyrektor Aliny Lis.
Wprawdzie moje nowe doświadczenia dotyczą zupełnie innej placówki, bo szkoły ponadpodstawowej, ale z racji korzystania z pomieszczeń Podstawówki wspomnienia się łączą. Ucząc w Liceum, otrzymywałam zastępstwa w Szkole Podstawowej. Pełniłam dyżury wspólnie z nauczycielami, którzy w niej uczyli. Poznałam program Gimnazjum, które także mieściło się w „starej” części Szkoły. Mimo że placówka rozrosła się, poszerzyło się Grono, a ja już dawno przestałam być młodą panią Mini, czułam się tu wspaniale. Wiem także, że z upływem czasu wspomnienia jeszcze wypięknieją, bo „Najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”(M. Hłasko).

Grażyna Solarska – nauczyciel nauczania zintegrowanego, wicedyrektor szkoły w latach 1999 - 2005

Rok 1999 to czas wielkich przemian w strukturze organizacyjnej naszej szkoły. Zaczęła wtedy funkcjonować 6–cio klasowa szkoła podstawowa. Reorganizacja szkolnictwa była dużym wyzwaniem dla wszystkich podmiotów szkolnych. Do realizacji nowego zadania na stanowisko dyrektora szkoły została powołana Pani mgr Eugenia Kołek. To właśnie ona zaprosiła mnie do współtworzenia nowej placówki, powierzając stanowisko wicedyrektora szkoły, które pełniłam przez 6 lat.
Był to czas intensywnej pracy i ogromnego zaangażowania wszystkich nauczycieli. Do zakresu moich obowiązków należało tworzenie razem z nauczycielami projektu nowej koncepcji pracy szkoły i wdrażanie w praktykę codziennego życia. Również byłam odpowiedzialna za płaszczyznę dydaktyczno - wychowawczą szkoły.
Odkąd pamiętam, to w naszym środowisku szkolnym nauczyciele zawsze doskonalili swoje umiejętności pedagogiczne, ale okres reformy zmotywował ich do zdobywania nowej wiedzy na niespotykaną dotąd skalę. Byliśmy bardzo ambitni, chcieliśmy efektywnie wdrożyć założenia reformy. Podejmowaliśmy liczne doskonalenia na różnorodnych studiach podyplomowych, kursach kwalifikacyjnych, warsztatach i konferencjach.
Zostałam wtedy edukatorem Nowej Szkoły i miałam zaszczyt wspierać nowoczesne sposoby wdrażania reformy w naszej szkole i innych placówkach oświatowych. Niezapomnianą atmosferę naukową tworzyliśmy w czasie różnych form doskonalenia organizowanych przez nas w szkole. Było widać radość wynikającą z możliwości kreowania nowoczesnego wizerunku placówki.
Kreatywność i przedsiębiorczość Pani Dyrektor Eugenii Kołek była źródłem inspiracji dla wszystkich nauczycieli.
Na czas pełnienia przeze mnie funkcji wicedyrektora przypada cały proces zdobywania przez nas stopni awansu zawodowego. Z wielkim szacunkiem i podziwem wspominam ówczesne osiągnięcia nauczycieli.
Tworzyliśmy wówczas nowatorskie projekty, scenariusze i publikacje, które promowały i promują nasze środowisko oświatowe. Prowadząc liczne hospitacje, byłam zauroczona różnorodnością strategii nauczania, które pozwalały naszym uczniom radośnie i efektywnie zdobywać wiedzę oraz umiejętności.
Pełnienie funkcji wicedyrektora Szkoły Podstawowej w Baranowie Sandomierskim było dla mnie zaszczytem, dało mi możliwość pracy dla szkoły i sprawdzenia się w różnych rolach, za co mam ogromną wdzięczność dla Pani Dyrektor - Eugenii Kołek, dla wszystkich Nauczycieli i Pracowników szkoły.

Sylwia Leszkowicz – nauczycielka z długoletnim stażem pracy

,, Przeżyte chwile nie giną.
Nie wiemy nigdy, kiedy wypłyną z dalekiej przeszłości,
by nałożyć się na to, co przeżywamy obecnie”
Larysa Mitzner

Pamiętam dzień, gdy 1 września 1984 roku rozpoczynałam swoją pierwszą pracę właśnie tu, w tej placówce, która wówczas była Zbiorczą Szkołą Gminną w Baranowie Sandomierskim. Miałam wówczas 21 lat i byłam świeżo upieczoną absolwentką studium nauczycielskiego. Do dzisiaj zastanawiam się, co sprawiło, że wybrałam akurat tę placówkę, mimo iż miałam do wyboru dwie inne. Byłam młodą osobą, z głową nafaszerowaną teorią z podręczników pedagogicznych, a niemającą zielonego pojęcia o prawdziwej pracy z uczniami. Co prawda, w studium odbywałyśmy praktyki w szkole i w przedszkolu,
lecz zawsze przebiegało to pod okiem nauczycieli, do których mogliśmy się w każdej chwili zwrócić po radę i wsparcie w trudnych sytuacjach. I tak oto ja, młoda nauczycielka, miałam stanąć twarzą w twarz z uczniami i stać się ,,koleżanką” pedagogów z długoletnim stażem i doświadczeniem pedagogicznym. Oczywiście miałam wiele obaw, jak sobie poradzę i w jaki sposób zostanę przyjęta przez grono pedagogiczne, ale powiedziałam sobie ,, raz kozie śmierć”. Wiedziałam, że kiedyś w końcu muszę rozpocząć pracę i zdałam sobie sprawę, że chyba to jest właśnie ten czas. Pamiętam, że ostatniej wakacyjnej nocy z 31 sierpnia na 1 września prawie nie spałam, gdyż bałam się, że zaśpię i spóźnię się.
Nie wiedziałam też za bardzo, jak się ubrać, żeby zrobić dobre wrażenie. Nie pamiętam dokładnie, co w końcu założyłam, ale wiem, że byłam bardzo zestresowana, udając się do mojej szkoły na rozpoczęcie roku szkolnego 1984/1985.
Placówka, w której przyszło mi rozpoczynać pierwszą pracę, była szkołą ośmioklasową, do której uczęszczali uczniowie z Baranowa Sandomierskiego i okolicznych miejscowości, tj. Dymitrowa Małego i Dużego, Skopania - wsi i Suchorzowa. Dyrektorem była wtedy p. Józefa Lis, a zastępcą p. Maria Trembecka. Grono pedagogiczne w większości składało się z nauczycieli z długoletnim stażem pracy. Pamiętam p. Stefanię Drzewińską - nauczycielkę języka rosyjskiego, p. Janinę Nowak- uczącą historii, p. Jana Panka- nauczyciela matematyki, p. Stanisława Nowaka- nauczyciela plastyki, p. Wandę Zych- nauczającą fizyki i chemii, p. Krystynę Szewc- nauczycielkę matematyki, p. Kazimierę Wiącek i p. Annę Filę - nauczycielki nauczania początkowego, jak też p. Helenę Sulik - nauczycielkę - bibliotekarza. Pracowały już wtedy niewiele starsze ode mnie koleżanki, ale ich postaci nie pamiętam dokładnie. Ja byłam najmłodsza w tym gronie. Zostałam przedstawiona całej społeczności szkolnej i tak oto rozpoczęłam swoją pierwszą pracę w Zbiorczej Szkole Gminnej w Baranowie Sandomierskim jako nauczycielka oddziału przedszkolnego ( klasy zerowej).
Z tego okresu niewiele zostało w mojej pamięci. Wiem tylko, że moja pierwsza klasa zerowa była bardzo sympatyczna i dobrze mi się z nią pracowało. Pamiętam również, że efektywnie układała się współpraca z rodzicami moich uczniów. Rodzice aktywnie uczestniczyli we wszystkich uroczystościach klasowych i szkolnych, a nawet często byli inicjatorami wielu imprez. W oddziale przedszkolnym w Baranowie Sandomierskim przepracowałam 9 lat. Starsze stażem nauczycielki zaopiekowały się mną- młodą osobą bez doświadczenia i dzięki ich wsparciu swoje pierwsze lata w nowej pracy wspominam bardzo miło. Moi uczniowie, których uczyłam na początku swojej pracy, są już dorośli i często się zdarza, że przyprowadzają do szkoły swoje dzieci. Również wielu z nich osiągnęło życiowy sukces. Jeden piastuje wysokie stanowisko na szczeblu wojewódzkim, inny został księdzem, jeszcze inni są nauczycielami i fachowcami w różnych dziedzinach. Zupełnie nie spodziewałam się, że pewien chłopiec, którego uczyłam w klasie zerowej wejdzie do mojej rodziny. Tak się właśnie stało, bo kilkanaście lat później ożenił się z moją siostrą i został moim szwagrem. Zapytałam go kiedyś, czy pamięta coś z tamtego okresu. Oto, co mi powiedział: ,,… minęło już kilka lat, odkąd chodziłem do tej szkoły, ale w mojej pamięci na zawsze pozostanie pewien incydent. Chodziłem wtedy do klasy pierwszej albo do drugiej, dokładnie nie pamiętam. Podczas lekcji matematyki, której często,, nie kumałem”, znalazł się temat, który wreszcie ,,zaczaiłem”. W euforii tego rozumienia i radości chciałem natychmiast pochwalić się swojemu bratu, który chodził do tej samej klasy. Nie mogłem oczywiście poczekać do przerwy, więc odwróciłem się do niego i zacząłem
o tym opowiadać. Nim skończyłem pierwsze zdanie, na mojej głowie pojawiła się duża, czerwona kokarda. Była to kara za rozmawianie na lekcji. Po spacerze z panią po korytarzu na przerwie, z kokardą na głowie, do końca dnia nie powiedziałem już ani słowa…”.
Mój szwagier opowiedział mi również, jak wielkim wydarzeniem dla uczniów było otwarcie nowej sali gimnastycznej. Wszyscy cieszyli się, że będą mogli ćwiczyć w nowoczesnej hali, a nie jak do tej pory na korytarzach szkolnych.
Jako nauczyciel oddziału przedszkolnego przepracowałam 9 lat. W mojej pamięci pozostał jeden szczególny rok. Wtedy, nie pamiętam z jakiego powodu, połączono dwie klasy zerowe i ja zostałam wychowawczynią 35 ruchliwych, krzykliwych i rozbrykanych maluchów. Musiałam włożyć wiele energii i wysiłku, aby nie tylko opanować tak liczną grupę, lecz również zmotywować dzieci do nauki oraz wpoić im zasady właściwego zachowania podczas zajęć i przerw. Wiem, że te przedszkolaki były szczególnie wielkim utrapieniem dla nauczycieli dyżurujących na przerwach. Potem z jednej klasy zerowej utworzono dwie klasy pierwsze i wtedy łatwiej już było z nimi pracować.
Po 9 latach pracy w tutejszej szkole zostałam przeniesiona do szkoły filialnej w Skopaniu – wsi, a następnie do Suchorzowa, gdzie przez 4 lata pełniłam funkcję kierownika. Ten okres również wspominam bardzo miło i serdecznie. Z powodu mało licznych klas można było pracować z uczniami indywidualnie, co przynosiło zamierzone efekty w postaci wysokich wyników w nauce w starszych klasach szkoły podstawowej.
Ta mała szkoła była wiejskim centrum kultury. Odbyło się tam wiele imprez i uroczystości, które integrowały całe pokolenia. Wielkim przeżyciem było dla mnie przeprowadzenie lekcji pokazowej dla wszystkich nauczycieli z macierzystej placówki. Temat tych zajęć brzmiał: ,, Las i jego mieszkańcy” i do tej pory pamiętam smak bigosu, który wtedy jedliśmy. Lubiłam swoją małą szkółkę i dlatego wielkim szokiem była dla mnie jej likwidacja w 2001 roku. 1 września 2001 roku powróciłam do swojej macierzystej szkoły w Baranowie Sandomierskim i tutaj pracuję do tej pory.
W mojej pamięci pozostało wiele pozytywnych wspomnień z pierwszych lat pracy. Pamiętam wycieczki dla nauczycieli, organizowane z okazji święta Komisji Edukacji Narodowej. Uczestniczyli w nich prawie wszyscy nauczyciele, zarówno ci starsi, jak i młodsi. Do tej pory wspominam zorganizowaną przez ks. Machowicza wycieczkę do Szczawnicy w Małych Pieninach. Bardzo się bałam, gdy wyciągiem krzesełkowym wjeżdżaliśmy na górę Palenicę, by potem schodzić z niej i podziwiać przepiękne jesienne krajobrazy. Uczestniczyłam w wielu imprezach i doniosłych uroczystościach szkolnych, takich jak: pasowanie pierwszoklasistów, otwarcie hali sportowej, rocznica powstania gimnazjum, uroczystość nadania imienia szkole, otwarcie lasowiackiej izby folkloru i wielu innych.
Po 28 latach pracy w szkole w Baranowie Sandomierskim muszę przyznać, że odczuwam silną więź z osobami, które tu pracują. Mimo, że wiele nas dzieli, np. mamy różne charaktery, różne poglądy, to jednak przeżycie tutaj ćwierć wieku sprawiło, że ci ludzie są mi bliscy, tak jak własna rodzina. Pamiętam do dzisiaj, jak wszyscy cieszyliśmy się, gdy nasi absolwenci dostawali się do wymarzonych szkół i osiągali życiowe sukcesy. Pamiętam również, jak płakaliśmy, gdy zdarzały się tragedie, jak wtedy, gdy uczniowie tej szkoły zginęli w wypadku czy zmarli z innego powodu. Razem opłakiwaliśmy śmierć naszej koleżanki Barbary i głęboko przeżywaliśmy niepowodzenia każdego z nas. To wszystko sprawiło, że czuję się silnie związana z naszym gronem pedagogicznym i wierzę, że w razie potrzeby mogę liczyć na moje koleżanki i moich kolegów.
Patrząc z perspektywy czasu, należy przyznać, że szkoła w Baranowie Sandomierskimprzeszła wielkie przeobrażenia. Obecnie jest to Zespół Szkół i Placówek, w skład któregowchodzi przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Funkcję dyrektora od 1991 roku sprawuje p. mgr Alina Lis. Organem prowadzącym jest Urząd Miasta i Gminy w Baranowie Sandomierskim, a nadzór pedagogiczny sprawuje Kuratorium Oświaty w Rzeszowie. Dzisiaj ta placówka mało przypomina szkołę, w której rozpoczynałam swoją pierwszą pracę w 1984 roku. Cały budynek został odnowiony i zmodernizowany. Położono nowy dach, wyremontowano klasy i pomieszczenia, w których mieści się pokój nauczycielski, sekretariat, gabinet dyrektora, biblioteka, gabinet pielęgniarki, świetlica i kuchnia. Odremontowano również sanitariaty, wykonano nowe schody, położono płytki na korytarzach i wykonano wiele innych prac. Wybudowano nową, wspaniałą salę gimnastyczną, a przy szkole powstały dwa boiska i plac zabaw dla młodszych dzieci. Szkoła może się pochwalić nowoczesnymi salami komputerowymi, gdzie uczniowie zdobywają wiadomości z informatyki. Na uwagę zasługuje też pracownia językowa, wyposażona w tablicę interaktywną i nowoczesne kabiny. Nasi wychowankowie zdobywają wiedzę w wyposażonych w pomoce dydaktyczne klasopracowniach, pod okiem wysoko wykwalifikowanych nauczycieli. Wielu absolwentów tej placówki kontynuuje naukę w renomowanych szkołach średnich, a potem na studiach wyższych. Dyrekcja i nauczyciele ciągle poszukują innowacyjnych i skutecznych metod, które motywują uczniów do nauki, kreatywnego myślenia i działania. Zespół Szkół i Placówek w Baranowie Sandomierskim ciągle się rozwija i unowocześnia, aby być szkołą na miarę XXI wieku.
Nie mogę powiedzieć, że przeżyłam w tej placówce tylko dobre chwile, bo tak nie było. Pojawiały się momenty zwątpienia i załamania. Jednak zawsze udawało mi się przezwyciężyć trudności, a ze swych negatywnych przeżyć wyciągnąć wnioski na przyszłość. Staram się pamiętać tylko przyjemne chwile, których było zdecydowanie więcej. Swoją pracę odbieram jako powołanie i nic nie jest w stanie zniszczyć mojego entuzjazmu i radości,
jaką sprawia mi wykonywanie tego pięknego zawodu. Czy czegoś żałuję? Tak, żałuję, że ten czas tak szybko minął. Nie żałuję jednak, że aż 28 lat przepracowałam w tej szkole i z tymi ludźmi.

Kazimierz Ślęzak – uczeń szkoły w latach 1962 – 1970, Burmistrz Miasta i Gminy Baranów Sandomierski

Szkoło! Szkoło!
Gdy cię wspominam,
Tęsknota w serce się wgryza.
Oczy mam pełne łez!
Julian Tuwim, Nad Cezarem

Naukę w Szkole Podstawowej rozpoczynałem z koleżankami i kolegami, z którymi chodziłem do przedszkola – razem było nam łatwiej odnaleźć się na nowym etapie edukacji. Akademia inaugurująca nowy rok szkolny odbywała się na placu przed szkołą. W centrum znajdował się stół nakryty zielonym płótnem, ozdobiony na brzegach paprotkami. Zza niego witał wszystkich Dyrektor szkoły – pan Wołoszyński, obok siedział Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Baranowie Sandomierskim. Po wysłuchaniu – za pośrednictwem odbiornika radiowego wystąpienia Ministra Oświaty, uczniowie udali się
do klas. Zajęcia lekcyjne odbywały się w głównym, murowanym budynku oraz w dwóch barakach.
Do szkoły wyposażony byłem w tekturowy tornister, w którym znajdował się elementarz, zeszyty i drewniany piórnik. Mój strój szkolny stanowił granatowy fartuszek z dopinanym białym kołnierzykiem i obowiązkowo przyszytą tarczą.
Rozpoczynałem naukę w sali lekcyjnej w baraku. Klasa zaopatrzona była w solidne drewniane ławy z zielonymi blatami, w których znajdował się otwór na kałamarz z niebieskim atramentem, tablicę i szafę z pomocami do nauki. W rogu sali obok tablicy był kącik higieniczny, w którym ustawiona została szafka z miską na wodę, ręcznik oraz ściereczka do zmywania tablicy. Do ogrzewania służył żelazny piecyk. Dyżurny miał obowiązek dbać o czystość w klasie, szczególnie o kącik higieniczny, rozdawanie kałamarzy i napełnianie ich atramentem, a zimą o dokładanie węgla i utrzymywanie ognia w piecu.
Do dziś pamiętam taką sytuację, kiedy przyszła do nas pani wychowawczyni i zwróciła uwagę, że w klasie panuje ziąb. Zapytała, kto dyżuruje. Jeden z uczniów- Janek przyznał, że on pełni tę funkcję. Chłopak musiał wytłumaczyć się, dlaczego nie dokładał do pieca. Janek odparł, że dołożył jedną pacynę, większość uczniów nie wiedziała, co się kryje pod nieznanym pojęciem (tak mówiono na bryłę ziemi w polu). Tym powiedzeniem wszystkich rozbawił. Pani rozpaliła w piecu i w pomieszczeniu od razu zrobiło się cieplej, a połowa lekcji zleciała...
Placówka w Baranowie nie dysponowała salą gimnastyczną, więc zajęcia z wychowania fizycznego odbywały się na korytarzu, na ulicy przed szkołą często graliśmy w palanta, a zimą zjeżdżaliśmy na sankach z wału rzeki Babulówki.
Dużo radości sprawiały uczniom zajęcia ze śpiewu, które prowadził pan Kiryk. Jego podopieczni wiedzieli, że bardzo się denerwował, kiedy mu przeszkadzano. Na lekcje przynosił skrzypce owinięte w brązowe płótno. Jeden z uczniów wchodził pod stół i ściągał ten materiał na podłogę, co wywoływało salwy śmiechu wśród uczniów, a ogromną złość u nauczyciela. Bywało, że za karę połowa klasy stała za drzwiami, a bardziej odważni chłopcy wychodzili przez okna do ogródka szkolnego. Do opanowania sytuacji pan Kiryk wzywał dyrektora, który w odpowiedni sposób dyscyplinował klasę. Stosowane były różne kary, np. stanie w kącie lub za drzwiami, a w czasie budowy szkoły prace fizyczne, np. pomoc przy rozładunku cegły.
Za nieodrobione lekcje nauczyciel zostawiał ucznia w kozie, taki delikwent - posadzony w odosobnieniu lub w sali, w której uczący przeprowadzał lekcje - musiał odrobić zadanie. Za złe zachowanie lub kleksa w zeszycie można było dostać linijką po rękach.
Popularna wówczas wśród uczniów w czasie lekcji zabawa kulkami tiki-tak albo strzelanie ryżem przez rurkę do koleżanek często kończyła się natychmiastowym wezwaniem rodzica. W czasie przerw wszyscy mieli obowiązek wychodzić na podwórko szkolne. Tam grano w zośkę albo w noża. Jeśli Dyrektor zauważył, że ktoś się opiera o parkan (drewniany płot), karał wówczas takiego ucznia pracami gospodarczymi. Doświadczyłem tej kary na własnej skórze. Nieopatrznie oparłem się o wspomniany płot. Nagle poczułem, że ktoś chwycił mnie za kołnierz i pcha w kierunku kancelarii Dyrektora. Zobaczyłem przejście podobne do szafy – były to drzwi prowadzące do jego mieszkania. Okazało się, że to sam pan Dyrektor trzymał mnie za kark. Na korytarzu stał jeszcze jeden uczeń, który popełnił to samo wykroczenie. Padło pytanie, czy wiemy, za co się tu znaleźliśmy. Dyrektor uświadomił nam, że parkan jest w bardzo złym stanie, a podobne do naszego zachowanie może doprowadzić do jego całkowitego zniszczenia. Za karę musieliśmy załadować makulaturę na czterokołowy wózek i dostarczyć do punktu skupu przy ulicy Fabrycznej. Makulaturę stanowiły duże, tekturowe kartony, które na większych dołkach spadały z wózka. Ten transport bardzo nas zmęczył.
Szkołę podstawową kończyłem w nowym budynku z salą gimnastyczną i pracownią fizyko-chemiczną, wówczas Dyrektorem był pan Ramocki.

Marcin Babiński – absolwent szkoły, uczeń w latach 1985 – 1993, obecnie ksiądz

Pani Dyrektor Alina Lis poprosiła mnie o skreślenie kilku słów wspomnień z czasów nauki w murach Szkoły Podstawowej w Baranowie Sandomierskim, co czynię z przyjemnością. Wywołany do tablicy, z sentymentem wracam myślami do czasów, gdy wraz z moimi rówieśnikami tworzyliśmy wspólnotę uczniowską tej placówki.
W pamięci wielu uczniów, również mojej, szkoła zapisała się jako miejsce nie tylko nauki, ale także naszego wychowania, formacji charakteru i przekazu norm zachowania. Jednym słowem – było to miejsce, w którym kształtowała się nasza tożsamość. Tu poznawaliśmy znaczenie i wartość takich słów jak patriotyzm, Ojczyzna, naród. Pojęcia te wypowiadane były nie tylko w czasie lekcji, ale słyszeliśmy je także podczas apeli, na których gromadziliśmy się najczęściej w przewiązce, między starą a nową częścią szkoły, w obowiązkowych granatowych fartuchach z tarczami szkolnymi na ramieniu.
Niezwykłym wydarzeniem tego czasu były czerwcowe wybory 1989 roku. Ogromne ilości plakatów, solidarnościowe ulotki unoszone przez wiatr po ulicach Baranowa i lokal wyborczy w budynku Szkoły Podstawowej, do którego przyszliśmy razem z naszymi rodzicami, odczuwając w jakiś niezwykły sposób wagę tego dnia. Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać w zaskakującym tempie. Na lekcjach zaczęto poruszać tematy, o których wcześniej nie mówiono, zmienił się wydźwięk akademii i uroczystości szkolnych, zajęcia z religii przestały się odbywać w salce katechetycznej przy kościele i stały się częścią szkolnego podziału lekcji. Nastrój zmian był wyraźnie wyczuwalny. W cieniu tych przeobrażeń toczyła się nasza edukacja, która jak mi się wydaje, nie różniła się specjalnie od dzisiejszej. Ówczesny system nauki kładł z pewnością większy nacisk na pamięciowe przyswojenie określonej wiedzy, proces dydaktyczny przebiegał bardzo spokojnie, pozbawiony presji egzaminów, ewaluacji, sprawdzianów kompetencji, które dla dzisiejszej szkoły stały się chlebem powszednim.
Mówi się, że nauka to olśnienia i odkrycia, i kilka takich chwil na pewno zachowam w pamięci, łącząc je ze Szkołą Podstawową w Baranowie. Nasze szkolne wycieczki i ogromne wrażenie, jakie na nas – dzieciach z równin – zrobiły skalne masywy Tatr. Kopalnia siarki w Machowie i widok ogromnej dziury w ziemi, w której tkwiły stalowe szkielety gigantycznych urządzeń górniczych. Bieszczady, zwiedzane w ósmej klasie, puste przestrzenie połonin, porośniętych rudą trawą. Pierwszy widziany na własne oczy komputer w pracowni informatycznej i wiele, wiele innych.
Nieznanym i pięknym światem były dla nas języki obce, zarówno rosyjski, jak i wchodzący wówczas do programu nauczania język francuski. Dziś do ich nauki podchodzi się czysto pragmatycznie – wtedy były dla nas substytutem egzotyki, odpryskiem tajemniczych krain – dalekich jeszcze wówczas i niedostępnych.
„Do widzenia, przyjaciele,
Wspólnych spraw mieliśmy wiele,
Dziś ta nitka się urywa,
Coś się kończy, coś zaczyna...”
Nie wiem dlaczego, ale utkwiły mi w pamięci te słowa, słowa piosenki śpiewanej przez naszych młodszych kolegów, uczniów klasy VII – w czasie uroczystości naszego pożegnania ze Szkołą Podstawową w Baranowie. Otwierał się przed nami świat nowy i fascynujący, kluczem zaś, który te drzwi otwierał, było 8 lat spędzonych w baranowskiej szkole. Czas spokoju i bezpieczeństwa, czas, w którym spotkaliśmy dobrych i mądrych nauczycieli, czas nieutracony, ale zachowany we wdzięcznej pamięci.